O BOGU O MNIE

    historia o miłości

    Maj 3, 2020

    Jak rozpocząć opisywanie najpiękniejszej i najbardziej nieprawdopodobnej historii o Miłości? Wszystkie słowa zdają się być zbyt banalne.

    Siedzę przy balkonowym oknie i patrzę przed siebie. Zielone, buczące nocą warszawskie Filtry przede mną. Po prawej kwitnący kasztan – wiadomo więc, że maj! Ponad Filtrami wznosi się kilka wyższych bądź niższych szklanych domów – w których jakoś przez ostatnie tygodnie dziwnie ciemno, a na ich tle od tak, stojące sobie dwa bloki. Zwykłość. Codzienność. Tramwaj pod oknem. Szum miasta. Ćwierk ptaków. I ja.

    Nie jest to historia niczym z Walta Disneya, nie napisał  jej Andersen, chociaż może bajka Braci Grimm o Kopciuszku, któremu pewnej nocy odmieniło się życie, coś na ten temat mówić może.

    Ona? Zwykła wiejska dziewczyna znikąd, jakich wiele. Polka z silnym przywiązaniem do Ojczyzny.

    On? Na pierwszy rzut oka prosty chłopak, z ubogiej żydowskiej rodziny. Paradoks?

    Różne czasy, kultury, światy.

    Proste równanie.

    To nie ma prawa się udać.

    Po ludzku.

    Ale ona to ja.

    A On – to Jezus.

    I to wiele zmienia.

    Kiedy byłam dzieckiem, zdarzało mi się, że uciekałam (i to dosłownie) z domu do kościoła. Wymykałam się i gnałam na rowerze, ile sił w nogach, by nikt mnie nie zatrzymał. Nawet w deszcz. W kościele czułam się po prostu dobrze. Na początku lat nastu, nie mając zielonego pojęcia, jak wygląda zakonne życie – bo przecież nie znałam żadnej siostry zakonnej – pragnęłam, żeby należeć cała do Niego. Uśmiecham się do tego czystego, niewinnego wspomnienia. Naprawdę całym sercem chciałam. Ale nikt nie zauważył, nikt nie pociągnął, nikt nie pokazał inaczej. Aż przyszedł jeszcze większy głód, jeszcze większy trud, zmaganie, poszukiwania siebie, a Bóg zszedł na dalszy plan.

    Przez kilka lat nie było mnie z Nim. Odeszłam daleko, mówiąc Mu, że nie wierzę, że jest. Byłam o tym święcie przekonana. Jednocześnie wpadałam w coraz większe załamanie i coraz większą ciemność. Zamiast karmić się Jego Miłością, tulić się w Jego ramiona, wybierałam raz po raz ramiona zła.

    Aż przyszedł wieczór czarniejszy niż wszystkie inne. Dziś patrzę na balkon na drugim piętrze. Wtedy to było okno na piętrze siódmym. Wielu być może zna już tę historię, ale ma ona wiele nowych wątków więc pozwolę sobie ją przytoczyć, bo ma to ogromny wpływ na to kim jestem i jaka jestem teraz.

    Kiedy byłam dzieciątkiem mój tata sporo pił. I choć cieszył się z narodzin córki, mój płacz doprowadzał go do szaleństwa. Pamiętam z opowieści mamy, że pewnego dnia, mnie, taką malutką, kilkumiesięczną chciał wyrzucić za okno. Za oknem mieliśmy wówczas pole. Pewnie był to czas żniw, a kłosy złociły się w blasku słońca, kto wie…

    Ale wróćmy do tego okna na siódmym piętrze, do momentu, w którym życie zupełnie przestało mi smakować i byłam niezwykle zdeterminowana do tego, by je zakończyć. Wystarczyło tylko zrobić krok. I wtedy usłyszałam piosenkę, której nie miałam prawa usłyszeć, której nie znałam, której wykonawcy nie znałam. A jej refren brzmiał: „Gdy leżałem na śmietniku świata jak niemowlę, tylko Ty Boże wyciągnąłeś Swoje dłonie, i mnie podniosłeś, i niesiesz mnie jak dobry Ojciec, dlatego już na zawsze będę służył Tobie”. Uczepiłam się tego słowa, zaufałam temu słowu, powiedziałam: “Boże, jeśli jesteś, to mi pomóż, nie mam nic, moje ręce są puste, ja jestem pusta, napełnij mnie”. Mogłam mieć Boga, albo nic. Wybrałam Boga – uBOGA.

    Kilka tygodni później poszłam do spowiedzi, a moje życie z Nim zaczęło się rozwijać. Niestety nie obyło się bez kolejnych trudów, kolejnych ciosów, bólu. Jeśli sobie czasem myślisz, że gorzej to już być nie może, okazuje się, że może. Mimo życia z Bogiem. Granica wciąż i wciąż się przesuwa. I jest trudniej. Brakuje nam ufności, wracają stare sprawy, rany, grzech. I mimo że trochę bardziej z Nim, to wciąż za mało. Znów zaliczasz dno.

    Tydzień temu minęło 4 lata od dnia, gdy oddałam swoje życie Jezusowi. Nie stałam się z tego powodu bardziej święta, czy idealna. Metanoia to jest coś, co trwa.

    I u mnie trwało. I wciąż się przeplatało. Pragnienie założenia rodziny, o której myślałam przez co najmniej ostatnich 10 lat, z tymi drobnymi momentami, że może z Nim… że może On. Ale wiedziałam, jaka jest moja przeszłość. Kto by mnie taką chciał?

    „I wtedy przyszedł maj”… I znów usłyszałam piosenkę, która zupełnie rozbiła moje myślenie o wszystkim, a pragnienie sprzed lat, choć już w nieco innej formie, ożyło. Nie miałam pojęcia, czy może się ono zrealizować w taki, a nie inny sposób, bałam się, ale coś mnie w tym czasie pociągało, coś mi mówiło: To jest możliwe. Masz wybór. Chcesz? Nagle pojawiały się artykuły w internecie, różne słowa…

    To był też czas, kiedy byłam w związku i myślałam wreszcie o ślubie i założeniu rodziny… Jak to pogodzić? Kilka tygodni później okazało się w sposób dynamiczny, jak jesteśmy różni z moim partnerem i jak różną wizję Pana Boga i życia z Panem Bogiem mamy. Na tyle różną, że ostatecznie się rozstaliśmy.

    W tym samym czasie miała też miejsce bardzo długa i wyczerpująca spowiedź generalna i znów wszystko zaczęło się bardzo szybko dziać i zmieniać, a Pan Bóg coraz mocniej, intensywniej pukał do mojego serca. Okazało się, że ta forma oddania się Panu Bogu, o której myślałam, jest możliwa… I wsiąkłam w to cała. A potem było Słowo za Słowem i znak za znakiem. A szczególnie jeden moment i jedno Słowo, długie Słowo, które zapadło mi w serce.

    To był wrzesień, byłam bardzo rozbita, czułam, że to czas by jakoś się określić. Stawiasz sobie wtedy pytania, czy to pragnienie jest moje, czy Pana Boga, czy On na pewno tego dla mnie chce. Nie wiedziałam i byłam już zmęczona. Mój kierownik zaproponował w międzyczasie, czy nie zechciałabym poprosić kogoś o Słowo. Tak też zrobiłam. Siedząc w pracy napisałam do jednej „sprawdzonej” pod tym kątem znajomej i poprosiłam o Słowo. A potem poszłam na adorację i klęcząc przed Najświętszym powiedziałam: Panie Jezu. Proszę Cię o Słowo. To Słowo, które dostanę potraktuję jak Twoje Słowo ostateczne i do niego się zastosuję. Miałam łzy w oczach i bałam się bardzo, bo z jednej strony pragnienie jest, a z drugiej… A jeśli mnie odrzuci?

    Wróciłam do domu. Usiadłam na łóżku w pokoju. W oknach spuszczone rolety do połowy. Zaczęłam przeglądać Facebooka. Jedna ze znajomych sióstr zakonnych udostępniła post z bloga „Cała Jego”, zupełnie nowego, mi nieznanego, a potem jeszcze inna film z wieczystej profesji, gdzie inna siostra pozowała do zdjęć na tle tych samych słów: „Cała Jego”. I zaczęłam płakać: że ja nie mogę, że to mnie nie dotyczy, że On mnie nie będzie chciał, itd. W tym samym momencie zrobiło mi się w pokoju wręcz pomarańczowo. Spojrzałam w stronę okna, odsunęłam rolety, a moim oczom ukazała się tęcza. Nie jakaś tam zwykła tęcza, ale wręcz cała pomarańczowa, lekko zapełniona kolorem w środku, i widziałam – chyba po raz pierwszy – dwa końce tego łuku. Po rozmowie z kierownikiem zobaczyłam, że to też jest znak. Znak przymierza. Jak obrączka. Dlatego śmiejemy się od tamtego momentu, że Jezus oświadczył mi się, poruszając niebo i ziemię na oczach całej Warszawy.

    tęczaA wieczorem było Słowo, które dopełniło wszystkiego. Bo zawierało całą dotychczasową historię mojego życia. Zaczyna się w ten oto sposób: „Tak mówi Pan Bóg do Jerozolimy: (…) w dniu twego przyjścia na świat nie ucięto ci pępowiny, nie obmyto cię w wodzie, aby cię oczyścić; nie natarto cię solą i w pieluszki cię nie owinięto. Żadne oko nie okazało współczucia, aby spełnić względem ciebie jedną z tych przysług przez litość dla ciebie. W dniu twego urodzenia wyrzucono cię na puste pole – przez niechęć do ciebie. Oto Ja przechodziłem obok ciebie i ujrzałem cię, jak szamotałaś się we krwi. Rzekłem do ciebie, gdy byłaś we krwi: Żyj, rośnij! Uczyniłem cię jak kwiat polny. Rosłaś, wzrastałaś i doszłaś do wieku dojrzałego. Piersi twoje nabrały kształtu i włosy twoje stały się obfitsze. Ale byłaś naga i odkryta. Oto przechodziłem obok ciebie i ujrzałem cię. Był to twój czas, czas miłości. Rozciągnąłem połę płaszcza mego nad tobą i zakryłem twoją nagość. Związałem się z tobą przysięgą i wszedłem z tobą w przymierze – wyrocznia Pana Boga – stałaś się moją” (Ez 16, 3-8).

    Jak widzicie znów pojawia się dziecko. Ale spełnia się też inne Słowo, które od dawna drążyło moje serce: „Nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama” (Pnp 3, 5).

    Musiałam czekać 30 lat, aż Słowo Boże wypełni się w owym dniu moich 30 urodzin. To był mój czas, czas miłości. Pragnienie, choć zakopane bardzo głęboko przez te wszystkie lata, nie umarło. Podsycał je, aż zechcę sama. A wtedy wykorzystując chwilę zawahania pociągnął mnie ku sobie ludzkimi więzami miłości. Do końca wierny Słowu. A jeśli On jest wierny owemu Słowu i ja postanowiłam temu Słowu zaufać.

    4 miesiące temu złożyłam prywatny ślub czystości. Noszę obrączkę, choć być może nie jest to codzienne w tej formie. Ufam głęboko, że przez cały czas Pan Bóg prowadził mnie bardzo indywidualnie, a ostatecznie pokazał, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Spotykam się z różnym odbiorem. Jedni ze mną kpią, inni mówią, że to nie ma żadnej wartości, że skoro to jest forma bliżej przez Kościół nie zatwierdzona pod kątem obrzędu etc., to się to zupełnie nie liczy. Staram się na to nie zważać. Bo ostatecznie tak naprawdę liczy się Miłość i bycie z Nim i dla Niego. Jednocześnie wypełnia się Słowo z „Ekstrawagancji”, od której się to tak maksymalnie wszystko zaczęło: „Gdyby ktoś za Miłość oddał całe bogactwo swe, z pewnością tylko pogardzą nim. Właśnie tak chcę żyć. Nawet jeśli każdy mówić będzie mi: Marnujesz się, On nie słyszy nic. Właśnie tak chcę żyć, marnować swoje życie dla Niego. Bo Miły mój wszystkiego jest dla mnie wart”.

    Czy wiedziałam, że ta piosenka będzie prorocka? Nie. Ale też wypełnia się słowo po słowie.

    Będąc dziś na adoracji w kompletnie pustym kościele przyszła mi myśl, że pójście za Chrystusem, zakorzenienie się w Nim, to w pewnym sensie musi być cierpienie, że bycie dla Niego wiąże się z pewnego rodzaju stratą, pogardą, odrzuceniem. A w drugim czytaniu słyszeliśmy dziś: „Najdrożsi: To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia. Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami” (1 P 2, 20-22).

    Więc idę.

    Módlcie się, proszę, w tym Tygodniu Modlitw o Powołania, za mnie i wszystkich innych, którzy podążają za Chrystusem w szczególny sposób, o wierność wyborowi, o wierność Miłości, oraz o nowe powołania kapłańskie, misyjne, do życia konsekrowanego.

    Pełna ufności w Boże Słowo, dziękuję Bogu za doświadczenie całych 30 lat mojego życia i za Każdą i Każdego z Was.

    Jesteście Piękni!

  • O BOGU O MNIE

    witaj w DOMU

    Wyobraź sobie, że jest Ktoś, kto kocha Cię absolutnie i bezwarunkowo, pomimo wszystko i ze wszystkim. Od chwili, kiedy pojawiłeś się w łonie Twojej Mamy, w zachwycie nie może oderwać od Ciebie oczu, a…

    Sierpień 20, 2019
  • O MNIE

    niedopasowana ja

    Tęsknotą jestem. Spowitą w niepewność. Drżącą i kruchą. Poza duszą nie mam nic do stracenia. Kobietą jestem. Poszukiwaczką spełnienia. Pełnym blasków i cieni Stworzeniem. Boskim pragnieniem jestem. Co wątpi i błądzi. I Prawdy się…

    Lipiec 12, 2019
  • O BOGU O MNIE

    I nikt jej nie wyrwie Mi z ręki

    Chcę wierzyć, że gdybyś dziś stanął przede mną, to Cię rozpoznam, nie przestraszę się i nie schowam. Być może, gdy przyjdziesz, będę akurat leżeć na ziemi, obita, ze ścieżkami łez na policzkach i w…

    Maj 24, 2019
  • O BOGU O LUDZIACH O ŚWIECIE

    Kiedy Miłość zazdrości…

    To nieprawda, co napisał św. Paweł w swoim Liście do Koryntian. Kłamstwo to przekazywane jest wśród chrześcijan z pokolenia na pokolenie, z ust do ust. Tysiące, setki tysięcy par każdego roku słyszy to kłamstwo…

    Luty 20, 2020
  • O LUDZIACH O ŚWIECIE

    wybieram ŻYCIE

    Cywilizacja śmierci zalewa świat. Zalewa serca i umysły wielu ludzi, którzy chcą nam wmówić, że aborcja jest ok, że płód to przecież nie człowiek, że zabicie dziecka, które nosisz pod swoim sercem, to nic…

    Październik 31, 2019
  • O BOGU O LUDZIACH O MNIE

    co to jest prawda

    Nigdy nie wiem, jak zacząć. Więc może zacznę tak: CO TO JEST PRAWDA? Albo inaczej… Zadam Wam kilka pytań. Pomyśl. Albo lepiej. Rzucę kilka tez, zastanów się, czy się z nimi zgadzasz. ✅ Bóg…

    Sierpień 19, 2019
  • O BOGU O LUDZIACH O MNIE O ŚWIECIE

    Prawda Was wyzwoli.

    Ścieżki są dwie. Albo żyć w prawdzie, albo nie. Próbować wkładać cudze buty, albo przyznać, że coś nam nie leży. Przed sobą, przed Panem Bogiem, albo i przed innymi. Doskonale to rozumiem, że nie…

    Kwiecień 29, 2019
  • O BOGU O MNIE

    SZUKAM DOMU.

    Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam, aby pewnego dnia wyjść za mąż, zbudować razem własny dom i cieszyć się radością naszych dzieci, biegających po ogrodzie. Zawsze było we mnie to ogromne pragnienie posiadania własnych czterech…

    Marzec 19, 2019
  • O BOGU O MNIE

    Jestem w kryzysie.

    Została mi po tym zdarzeniu krótka notatka w Evernote i ogrom emocji. Choć takie to proste zdawać się było, ciszą w ciemności utkane. Jestem w kryzysie. Kryzys to słowo wiele mieszczące, ale też pejoratywnie…

    Marzec 14, 2019