O BOGU O MNIE

Bogatsza o ślady Jego Miłości…

13 sierpnia, 2017

Stłukłam młynek. Wiecie, taki do mielenia kawy. Piękny był, pół-szklany, częściowo ze stali nierdzewnej i plastiku. Mielił, jak chciałam: drobno, grubo, a czasem bez względu na moje upodobania. Prezent to był. Szklaną część młynka zastąpiłam innym szklanym naczyniem. Działa. Tylko… to nie to samo. Tęsknię za tamtym młynkiem. Czy będzie jeszcze taki piękny?

Sytuacja wzbudziła we mnie frustrację, poczucie straty, choć przecież to tylko rzecz… Powiecie: “Możesz zawsze kupić nowy młynek. Będzie jeszcze piękniejszy, bo nieużywany”. Będzie w tym sporo racji, mogę. Ale czy będzie to TEN SAM młynek, za którym JA tęsknię?

Tak samo jak z młynkiem, chcę, aby moje serce, które jest poranione, potłuczone, niekompletne stało się takie, za jakim tęsknię. Patrzę na to moje serce. Przyglądam się temu, jakie jest. Wiele na nim większych lub mniejszych ran, a na tych ranach wiele większych lub mniejszych plasterków, które lepiej lub gorzej zatamowały krwawienie. I można by powiedzieć: Jest naprawdę nieźle. Można. Ale gdyby im się bardziej przyjrzeć, okazuje się, że te rany wcale nie są czyste, jest w nich pełno brudu, czasem aż do samej głębi. Czy na taką ranę wystarczy nakleić zwykły plaster, aby ją uleczyć? Czy nie powinno się najpierw oczyścić tej rany, by nie wdało się zakażenie, które rozprzestrzeni się na cały organizm?
Jest w moim sercu wiele takich zaropiałych ran. Wiele było osób i rzeczy, sytuacji i spraw, które je raniły. Inne działały na to serce jak plaster, chroniły z zewnątrz, ale nie czyściły z brudu. Moje serce jest w opłakanym stanie. Nikt i nic nie potrafiło go wyleczyć. Nikt i nic nie potrafiło tych ran wyczyścić. Bo nie mogło.

Jest tylko jeden Lekarz, który nie boi się zadać bólu, aby wyleczyć, nie boi się podać, a często w ciągu długiej kuracji wciąż podawać gorzkiego lekarstwa, aby zatrzymać zakażenie. Nie boi się odkleić, a nawet zerwać tych wszystkich plasterków, które nie pozwalają się ranie zagoić. Sięga do głębi, by pozbyć się brudu. Oczyszcza. Używa do tego swojej kojącej, najpiękniejszej, najdelikatniejszej i najczulszej MIŁOŚCI.

JEZUS.

To boli. Czasem mogę nie chcieć tych zabiegów. Mogę uciekać, bo nie lubię bólu, trudności. Po raz kolejny powiem: Mogę. Tylko po co? Czy ciągłe uciekanie przed uzdrowieniem pozwoli mi ŻYĆ? NIE. Nie pozwoli. Zakażony organizm, w dodatku nie poddany leczeniu nie ma prawa przetrwać.

Z drugiej strony – jeśli poddam się tym zabiegom, moje serce się zmieni. Wciąż będą na nim blizny, tak jak na ciele Jezusa po zmartwychwstaniu. Ale będą to chwalebne, zwycięskie ślady.

Czy wtedy moje serce będzie piękniejsze?
Tak. Będzie piękniejsze. O ślady Jego Miłości.

Może ci się spodobać również

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.