O LUDZIACH O ŚWIECIE

“Mam wrażenie, że potwór pożarł to, co ludzkie.”

Luty 4, 2019

Ojciec Joël Allaz nie jest tylko zwykłym zakonnikiem. Jest też pedofilem, który tak naprawdę nigdy nie doświadczył ludzkiej sprawiedliwości. W wywiadzie do książki pt. „Ojcze, przebaczam Ci”, autorstwa jego ofiary – Daniela Pitteta, zastanawiając się nad relacją swoich pedofilskich czynów do istoty człowieczeństwa, mówi: „Mam wrażenie, że potwór pożarł to, co ludzkie.”

Głos Daniela Pitteta, to nie jedyny głos ofiary w dyskusji o pedofilii w Kościele, ale bardzo mocny głos. Jako ofiara molestowania seksualnego (poza Kościołem), pozwólcie, że i ja od siebie dorzucę parę bolesnych słów…

Poświęciłam ostatnio nieco czasu na rozmowę ze znajomymi księżmi na temat publicznego ujawniania procederów pedofilskich czy – w dalszym zamyśle – szeroko pojętych czynów przemocy seksualnej wobec dzieci w kościele. Przeprowadziłam też małą ankietę na moim IG. I żeby nie było, nikogo tu nie chcę dzielić ani gorszyć, ale wyniki tych rozmów są … bardzo różne. Okazuje się, że niektórzy są gotowi dla dobra Kościoła (!) oczekiwać od ofiar takiego dochodzenia swoich praw – aby nie doszło to do uszu opinii publicznej – bo m. in…. I tu pozwolę sobie zacytować: „Już niektóre matki nie zgadzają się, by syn został ministrantem, bo ksiądz to pedofil”, bo (o czym już tu wyżej napomknęłam) – „zgorszenie”, a ujawnianie publicznie swoich doświadczeń przez niektórych stanowi: „jawny atak na Kościół”. Mierzę się z tym w swoim sercu i pytam: Quo vadis, Kościele, który w ocenie Twoich ludzi, w tym kapłanów potrzebujesz ochrony bardziej, aniżeli ci mali, którzy sami obronić się nie mogą – a którzy przecież też są Tobą..?

Muszę przyznać, że wpis ten wynika z ogromnego wzburzenia: lekturą wspomnianej książki, wspomnieniami własnych doświadczeń i tych rozmów właśnie. Więc poczekałam i czytam go i poprawiam pewnie setny raz. Próbuję ważyć słowa, być obiektywną… Nade wszystko jednak próbuję zrozumieć…

Czy ofiarom zależy na tym, by zniszczyć Kościół? Czy chcą się mścić za grzechy jego przedstawicieli? Czy rzeczywiście uważają, że Kościół sam w sobie jest zły i że wszyscy winni odpowiadać za zło uczynione im przez ręce jednego chorego, pogubionego człowieka? Czy nawet jeśli jedna osoba ma takie intencje, to mamy prawo zamknąć usta wszystkim ofiarom?

A może… Po prostu ofiary pragną, by ktoś im uwierzył, wsparł, stawił się za nimi, a czasami po prostu nie ma innej drogi? Albo by ostrzec innych, aby nie cierpieli tak bardzo, jak oni sami? Albo pokazać sprawcom, że nie mają prawa czuć się bezkarni?

Dlaczego nas tak bardzo „prawilnych katolików” oburza to, że ktoś dla własnego uzdrowienia potrzebuje powiedzieć głośno prawdę o swoim życiu? Czy przez to, że głośno i wyraźnie Daniel Pittet opowiedział o bólu i trudnościach, jakich doświadczył, on jest winny temu, że ktoś po lekturze jego świadectwa, przestał ufać kapłanom? Że patrzy teraz na wszystkich przez pryzmat tego jednego? Czy raczej winny jest temu człowiek, który wykorzystując bezbronne dziecko znajdujące się w potrzebie, dopuszcza się tak plugawych czynów? Albo my sami, którzy po pierwsze oceniamy nie czyn, a człowieka, a po drugie – na bazie tej oceny budujemy sobie obraz wszystkich kapłanów i całego Kościoła? A w imię czego?

Świadectwo Daniela Pitteta, wbrew całej ohydności występków, jakich doświadczył napawa mnie nadzieją. Nadzieją na to, że krzywdę można przeżyć twórczo, że każdy z nas jest zdolny do przebaczenia (w tym także ja sama), że mimo cierpienia, jeśli tylko prawdziwie poszukuje się prawdy, można zachować wiarę, nawet jeśli proces uzdrowienia trwa całe życie. Ba! Dalej iść nawet! Być wciąż członkiem wspólnoty Kościoła i czynnie w niej uczestniczyć. Mieć za przyjaciół innych członków tego samego Kościoła. Być członkiem tego Kościoła, być wrażliwym na krzywdę drugiego człowieka i wyciągać do niego pomocną dłoń. To naprawdę może pomóc zachować wiarę!

Oczywistym dla mnie, jako prawnika jest, aby osoba, która jest winna popełnienia przestępstwa, poniosła za to odpowiedzialność. Jednocześnie wiem, jak trudne jest stawianie siebie w roli ofiary i opowiedzenie o tego rodzaju doświadczeniu. Sama też jestem Kościołem. Jak się w tym nie zgubić?

Niektórzy zarzucają mi zbyt emocjonalne podejście do sprawy, zbyt emocjonalne związanie z ofiarami, czy nawet zbyt wysoki poziom empatii, a co za tym idzie brak obiektywizmu. Inni po przeczytaniu tekstu pewnie nazwą mnie katolewaczką albo antyklerykałem i ześlą mnie na wygnanie, bo to, co mówię niewiele ma wspólnego z nauką Chrystusa. A może jednak ma?

Bo tak jak Daniel Pittet, tak i ja … kocham Kościół. Nie uważam, że Kościół sam w sobie jest zły dlatego, że ktoś w tym Kościele dopuścił się takiego czy innego grzechu (przecież też jestem grzesznikiem). Jasne jest, że jeśli chodzi o grzech pedofilii – często ten sam Kościół nie poradził sobie z odpowiedzialnością osobistą (samego sprawcy) i zbiorową (wszystkich, którzy mogli zareagować, a nie zrobili tego, tuszując sprawę), ale to nadal mój Kościół. I przez to jeszcze bardziej zależy mi na tym, byśmy – my, ludzie Kościoła, my wszyscy, robili wszystko, aby nigdy nie dopuszczać do jakiejkolwiek ludzkiej krzywdy! A jeśli już do niej doszło, to żeby ci sami ludzie  mogli dochodzić sprawiedliwości, w Kościele i poza Nim, w tym by mogli o swojej krzywdzie bez ogródek mówić, jeśli to jest w stanie ich ocalić. Moim zdaniem naszym zadaniem jest im to umożliwić.

I warto pamiętać o jeszcze jednym: ofiary wykorzystywania seksualnego są naprawdę wszędzie. Dobrze jest mieć oczy i uszy szeroko otwarte, nie tylko w Kościele.

Może ci się spodobać również

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.